urodaiwlosy.pl

FBemailTwitterlinklink

niedziela, 26 lipca 2015

Jak pozbyć się kompleksów dotyczących cery?

Odkąd zaczęłam pisać tego bloga i od kiedy zebrał on grono czytelników większych niż ja ;) dostaję naprawdę dużo maili, głównie od młodych dziewczyn w wieku 14-20 lat. Większość z nich niestety mnie smuci, bo przewijają się w nich prośby o pomoc w kwestii pielęgnacji cery, która zdaniem posiadaczek jest "brzydka", "okropna" czy "straszna". Standardem są również stwierdzenia "nie mogę wyjść z domu bez makijażu" lub "muszę nosić makijaż". Wiem, że osoby borykające się z trądzikiem lub innymi problemami dotyczącymi cery nie lubią tego typu głodnych kawałków, ale dlaczego NIE MOŻESZ i dlaczego MUSISZ? O tym chciałabym z Wami dzisiaj "porozmawiać". 


*Zaznaczam, że post nie odnosi się do osób z ciężkim trądzikiem i ogromnymi problemami skórnymi a jedynie do wszystkich młodych dziewczyn zaślepionych wizją idealnej cery prosto z magazynów, wpadających w kompleksy zupełnie bez powodu*

Dzisiejszy wpis postanowiłam firmować swoją własną twarzą zupełnie bez makijażu prosto z łóżka, aby nie być hipokrytką. Za każdym razem jednak, kiedy dodaję gdziekolwiek zdjęcie na którym widać moją cerę bez podkładu, dostaję od Was bardzo dużo komplementów na jej temat, za które oczywiście bardzo dziękuję. Moja cera w tym momencie nie sprawia mi faktycznie problemów, ale ma swoje humorki i na pewno nie wygląda tak jak wygląda sama z siebie, ponieważ wkładam w jej pielęgnację dużo pracy. Wiem, że sporo z Was stwierdzi, że nie wiem o czym mówię, ze względu na to, że nie borykam się z trądzikiem, jednak moja cera nie jest idealna, bo idealna cera nie istnieje. 

Po pierwsze jest sucha i bez odpowiedniej pielęgnacji wygląda niezdrowo. Ma też skłonność do zaskórników zamkniętych, dlatego muszę na bieżąco odpowiednio ją złuszczać, inaczej pojawiają się na niej grudki. Jest również naczynkowa, a policzki często są czerwone od mrozu czy wiatru, a co za tym idzie, moja cera jest również dość cienka i bardzo wrażliwa. Bez podkładu wygląda dobrze, ale przy minimalnym wysiłku od razu widać na niej naczynka, więc i koloryt nie jest perfekcyjny. Jak możecie zobaczyć, mam również cienie pod oczami. Żadna z tych rzeczy nie spędza mi jednak snu z powiek i nie narzuca myślenia, że MUSZĘ nosić podkład gdy tylko wychylę nos z domu. Oczywiście, często mam na sobie makijaż bo po prostu lubię, jednak nie jestem od niego uzależniona. Mogę bez obaw zapomnieć podkładu na wyjeździe, bez obaw wyjść na zakupy i bez obaw spędzić cały dzień bez makijażu na plaży, mimo że od słońca moje policzki zaczną prawdopodobnie wyglądać jakbym mocno przesadziła z różem. Własnie na plaży usłyszałam ostatnio następującą rozmowę dwóch dziewczyn w wieku około 17 lat:

- Nie mogę zmoczyć twarzy, bo mam makijaż!
- Ja właśnie też, do tego mam niewodoodporny tusz
- Ja mam wczorajszy (makijaż)
- Ja akurat dzisiejszy

Warto zaznaczyć, że obie dziewczyny miały naprawdę normalne cery. Być może gdyby im się przyjrzeć, znalazłabym na ich twarzach kilka niedoskonałości, ale nie wiem dlaczego od zawsze wmawia się nam, że musimy być perfekcyjne w każdym calu, gdy tak naprawdę naturalność sama w sobie jest perfekcyjna. Czy naprawdę warto odmawiać sobie przyjemności jaką jest spędzenie dnia nad wodą poprzez nieustanny stres z powodu makijażu, który może się rozmazać? Sama mam sporo koleżanek, które są pięknymi dziewczynami bez widocznych wad, jednak same są w stanie w moment znaleźć pełno niedoskonałości, które ich zdaniem wymagają poprawek czy maskowania, a których tak naprawdę po prostu nie widać. Jeśli makijaż sprawia, że czujesz się lepiej - noś go nawet codziennie. Jeśli jednak chciałabyś wyjść bez makijażu z domu i męczy Cię codzienne nakładanie grubych warstw podkładu a robisz to tylko dlatego, że tak wypada przy cerze z niedoskonałościami, zastanów się proszę, czy jest to słuszna droga. Bardzo dobrze ilustruje to kampania Dove:


Pierwszym krokiem do wyzbycia się jakichkolwiek kompleksów jest zrozumienie, że sami jesteśmy dla siebie najbardziej krytyczni. Jestem przekonana, że większość osób, które spotkacie na ulicy nie zwróci uwagi na pryszcza, nad którym spędziłyście 15 minut w celu nieudolnego zakrycia. Ja sama staram się patrzeć na ludzi zawsze w jak najlepszy sposób, a jeśli ktoś skupia się tylko i wyłącznie na czyichś niedoskonałościach i celowo ich wyszukuje, to świadczy to o jego własnych kompleksach i nie powinno w żaden sposób wpływać na Wasze. Naprawdę świat się nie zawali, jeśli ktoś zobaczy Waszą "nagą" twarz, nawet jeśli daleko jej do katalogowej piękności. Nikt z nas nie ma TAKIEJ cery (swoją drogą uwielbiam reklamowanie kosmetyków do pielęgnacji cerą prosto z Photoshopa), którą możemy zobaczyć w magazynach i materiałach prasowych, nawet modelki Victoria's Secret. Każdy ma jakieś niedoskonałości, przebarwienia, kilka blizn potrądzikowych - tak wygląda prawdziwa skóra. Bardzo chciałabym, żeby to nie stan cery decydował o tym, czy nosimy makijaż, ale nasze ewentualne chciejstwo :) Chciałabym również, żeby zdecydowana większość kobiet wybierała drzwi "piękna" zamiast "przeciętna":

Drugim krokiem do pozbycia się kompleksów jest moim zdaniem zrobienie wszystkiego, co się da, aby pozbyć się krępującego problemu. Nie jestem zwolenniczką podejścia typu "krzywy nos spędza Ci sen z powiek - zaakceptuj go!", "Masz trądzik - powinnaś chodzić zupełnie bez makijażu i dać skórze oddychać". Wręcz przeciwnie. Nie próbuję namówić Was na to, abyście wszystkie nagle wyrzuciły wszystkie kosmetyki do kosza. Warto jednak zmienić taktykę. W przypadku trądziku, zamiast nakładać ciężki podkład na całą cerę, lepiej wykorzystać sposób Lisy Eldridge, czyli nałożyć na całą twarz lekki podkład, a miejscowo ciężki i mocno kryjący kamuflaż. Zamiast kupować kolejny produkt przeciwtrądzikowy z drogerii, lepiej wybrać się do dobrego dermatologa, na zabiegi z kwasami czy chociaż przejrzeć merytoryczne blogi w poszukiwaniu innego niż standardowe podejście w tej kwestii. (Tutaj bardzo polecam blog Kosmostolog oraz Italianę) Jeśli problemem jest bardzo sucha skóra, może lepiej sięgnąć po lepsze składowo kosmetyki niekoniecznie drogeryjnej marki z Rossmanna? (Choć oczywiście i tam znajdziemy perełki). W przypadku naczynek warto zrezygnować z opalania twarzy i stosowania agresywnych produktów do mycia. To samo dotyczy wszelkich innych kompleksów, które DA SIĘ zniwelować bez wspaniałych psychologicznych trików na ich pozbycie się. Jeśli uważasz, że masz małe usta i stać Cię na ich powiększenie, po prostu to zrób :) Czasem jeden krok wpływa znacząco na nasze ogólne postrzeganie siebie. 


Na koniec mam dla Was wyzwanie, abyście dla siebie samych spróbowały przełamać swój lęk i po prostu wyszły z domu bez makijażu. Jeśli nie robicie tego w ogóle, wyjdźcie na początek do pobliskiego sklepu. Gwarantuję Wam, że świat nie stanie w płomieniach, nikt nie będzie na Was patrzył z politowaniem oraz gonił Was z widłami :) Jeżeli codziennie nakładacie bardzo kryjący makijaż, bo uważacie swój problem za duży, spróbujcie parę razy wyjść w lżejszej wersji, delikatnie kryjącej. Jeśli nawet to dla Was za dużo, ale chcecie się wygadać, możecie wysłać mi swoje zdjęcie bez makijażu na maila urodaiwlosyblog@gmail.com lub bezpośrednio na instagramie. :)

Koniecznie napiszcie mi również w komentarzu, czy akceptujecie swoje cery takimi, jakie są, czy może macie właśnie kompleksy na ich punkcie. 

Czytaj dalej

piątek, 24 lipca 2015

Efekt 'strobingu' w trzy sekundy bez rozświetlacza? Zdrowa, błyszcząca skóra z utwalaczem makijażu Inglot makeup fixer

Część z Was na pewno słyszała już nowej modzie na tzw. strobing, czyli po prostu ekstremalne rozświetlenie, które niektórzy wprost uwielbiają a inni nienawidzą. Ja sama jestem ogromną fanką cery, jaką najlepiej oddaje określenie 'dewy skin'. Strobing nie jest wszak niczym nowym, bo jest to jedynie nagłe zainteresowanie efektem, który od dawna uwielbiany jest w makijażu rodem z Korei. Chodzi o pełną blasku i "naturalnego" rozświetlenia zdrową cerę, która odbija światło i nie jest zbędnie pudrowa. Jednocześnie wygląda również na idealnie nawilżoną. Królową tego typu efektu jest moim zdaniem makijażystka Ania Milarczyk, więc zerknijcie na jej instagram, jeśli jesteście fankami tego typu wykończenia makijażu. Dziś mam dla Was produkt, którym osiągniecie tego typu efekt w kilka sekund bez względu na to, jakiego podkładu użyjecie oraz bez zastosowania żadnych dodatkowych produktów. Poznajcie utrwalacz makijażu Inglot, makeup fixer.


O mgiełce utrwalającej z Inglota pisałam Wam już na instagramie, gdzie pokazywałam również efekt od razu po zakupie, kiedy to szybko zaczęła skradać moje serce. Kupiłam ją wiedząc, że właśnie tak ma działać - zabierać pudrowość makijażu i pozostawiać cerę ładnie i naturalnie błyszczącą. Na początek powiedzmy sobie jednak szczerze i wyraźnie - produkt ten w żaden sposób nie wpływa na trwałość makijażu. Jest w tej kwestii neutralny, ale utrwalaczem jest kiepskim, więc osoby szukające produktu, który przedłuży trwałość makijażu, raczej się zawiodą. Inglot stworzył zatem idealną mgiełkę wykańczającą makijaż i nadającą mu przepiękny wygląd, ale nie stworzył na pewno utrwalacza na miarę Fix+ Maca czy utrwalacza Kryolanu. 


Jedynego działania utrwalającego można się doszukać w scalaniu warstw makijażu, które normalnie czasem nie do końca chcą się połączyć, szczególnie te bardzo pudrowe. Sama nie mam mu tego jednak zupełnie za złe, gdyż uwielbiam efekt jaki daje i to właśnie na taki efekt liczyłam kupując utrwalacz naszej polskiej marki. Kilka psiknięć po skończeniu całego makijażu zapewnia pozbycie się zbędnej pudrowości, która często potrafi sprawić, że makijaż wygląda nieestetycznie a cera staro i bez blasku. Po użyciu Inglota makijaż wygląda o wiele naturalniej, ale przede wszystkim cera zyskuje przepiękny blask. Wygląda zdrowiej i ładniej, jak prosto z regenerującego i nawilżającego zabiegu u kosmetyczki :) Efekt pokazywałam Wam już na instagramie:
Na zdjęciu mam jedynie podkład, żadnego rozświetlacza. Wygląda pięknie, prawda? Fixer nie przypadnie jednak do gustu każdemu. Raczej nie polubią go dziewczyny z tłustą cerą, którym zależy na macie. Ciężko polubić się z nim również w gorące dni. Nawet w moim przypadku użycie go podczas upałów niespecjalnie się sprawdza. W czasie chłodniejszych dni jest jednak niezastąpiony a efekt jaki daje naprawdę przeszedł moje oczekiwania. Nie mogę doczekać się aż przetestuję go jesienią i wiosną. Dodatkowo produkt ten naprawdę ładnie świeżo i kwiatowo pachnie, a efekt jaki daje utrzymuje się calutki dzień. Skład też jest całkiem ok jak na tego typu produkty, dodatkowo nie zawiera parabenów.


Inglot nie należy do najtańszych. 50 ml to koszt około 21 zł a 150 ml to około 42 zł. Mgiełka jest jednak bardzo wydajna. Wiem, że podobny produkt ma również w swojej ofercie NYX dostępny w Douglasie. Warto sprawdzać na bieżąco promocje i wyprzedaże KLIK KLIK (polecam) gdyż to właśnie tam kupimy NYXa w wersji rozświetlającej i matującej, ale również Inglota oraz Fix+ Maca, który już oferuje solidne utrwalenie. Utrwalacz Inglota dostaniecie jednak przede wszystkim w sklepach firmowych i wysepkach.
Czytaj dalej

wtorek, 21 lipca 2015

Pielęgnacja suchych ust - moje ulubione produkty i peeling cukrowy do ust DIY

Nie wiem jak Wy, ale ja mam wyjątkową obsesję na punkcie idealnie gładkich ust. Jakiekolwiek suche skórki doprowadzają mnie do szału, a niestety moje usta mają tendencję do wysuszania się. Bez balsamu lub pomadki ochronnej w torebce czuję się bez ręki, a jak na złość moje usta buntują się zawsze wtedy, gdy akurat zapomnę balsamu z domu. Z tego względu wyznaję zasadę "jedna torebka - jeden balsam" i faktycznie jej przestrzegam :) Dziś mam dla Was trochę o pielęgnacji suchych ust, moich ulubionych produktach i domowym peelingu cukrowym.


Balsam zawsze pod ręką!

Jak wspomniałam Wam już przed chwilą, najlepszym sposobem na pożegnanie się z problemem suchych ust to noszenie ze sobą balsamu WSZĘDZIE. Sama przez większość dnia zawsze mam coś na ustach, chyba że jest to akurat zwykła szminką. Wypracowanie sobie nawyku smarowania ust w czasie dnia może być naprawdę pomocne, a poza tym usta lepiej wyglądają z cieniutką warstwą czegoś nawilżającego niż same w sobie. :) Wrzucenie jednego balsamu lub pomadki ochronnej do każdej używanej torebki może wydawać się szaleństwem, ale u mnie się sprawdza. Dzięki temu nigdy nie zapominam balsamu z domu. Minusem tej metody jest oczywiście ogromna liczba zapomnianych balsamów w kieszeniach torebek.

Balsamowanie w nocy

Często samo nakładanie balsamów w ciągu dnia może nie wystarczyć. Nie zawsze też łatwo o tym pamiętać, balsamy ścierają się też w ciągu dnia czy podczas jedzenia i picia. Genialnym sposobem jest nakładanie dobrego balsamu grubszą warstwą na noc. Nie każdy produkt sprawdzi się jednak używany w ten sposób. Z doświadczenia wiem, że pomadki ochronne szybko się ścierają, więc najlepszy będzie gęsty balsam w słoiczku - Carmex lub Tisane. Gwarantuję Wam, że po jednej nocy z solidną warstwą któregoś z nich nie poznacie swoich ust rano!


Moje ulubione produkty....

Carmex - mój ulubieniec wszech czasów z jednym minusem. Najbardziej lubię wersję w słoiczku, później nieco mniej tę w sztyfcie a najmniej w tubce, której nie polecam. Carmex słoiczkowy jest najbardziej gęsty i treściwy. Balsamy tej firmy faktycznie działają cuda i bardzo mocno nawilżają oraz regenerują usta. Jedyne czego w nich nie lubię to zbyt mocny kamforowy zapach i niestety średni posmak. Działanie jednak rekompensuje te wady Carmexów, więc wciąż mam chociaż jeden słoiczek w domu. Ciekawą alternatywą jest również Carmex Plus, czyli wersja lekko koloryzująca (różowa). Carmex Plus nawilża nieco mniej i ma rzadszą konsystencję, ale jego zapach jest bardziej kakaowy niż kamforowy.

Tisane - droższy (kilkanaście złotych) i mniejszy niż Carmex, ale zdecydowanie lepiej pachnący i mniej błyszczący. Wygląda bardzo naturalnie, ma świetny skład i piękny waniliowo-ciasteczkowy zapach. Niestety nie testowałam wersji w sztyfcie, bo ciężko mi ją znaleźć, ale słoiczków zużyłam już wiele. Balsam idealny.

Nivea - nieco zapomniane już klasyki, przytłumione popularnością EOSów i Carmexów. Ja jednak pomadki Nivea bardzo lubię i często kupuję, szczególnie te lekko koloryzujące. Na zdjęciu widzicie czerwoną wersję truskawkową, która nadaje ustom lekko rumiany kolor. Pachnie słodko, podobnie jak wersja arbuzowa czy brzoskwiniowa.

Babylips - pomadki Maybelline, które nawilżają nieco mniej niż wyżej wymienione, ale są fajnym sposobem na codzienną pielęgnację, dodatkowo z dość mocno napigmentowanym kolorem. O mojej ulubionej wersji pisałam Wam TUTAJ. Znalazłam też pomadki za grosze, które wyglądają troszkę na inspirowane Babylips, nie sądzicie? :) KLIK KLIK


Peelingowanie ust

Peeling ust to podstawa. Część osób poleca masowanie ust szczoteczką do zębów, jednak moim zdaniem jeszcze lepiej działa domowy peeling cukrowy. Wyżej widzicie mój waniliowy peeling z suszonymi płatkami róż :) Wykonanie jest banalne, ponieważ w podstawowej wersji wymaga jedynie dowolnego oleju i cukru. Po prostu. Ja jednak lubię dodać do niego kropelkę waniliowego aromatu do ciast dla ładnego zapachu lub kropelkę ekologicznego olejku eterycznego, np. z pomarańczy czy lawendy. Sama dodaję również nieco eko-konserwantu FEOG, dzięki czemu peeling ma dłuższą ważność, ale nie jest to obowiązkowy krok.

PS Widziałyście Biedronkowe...pędzle?! :) KLIK KLIK Ktoś kupił, ktoś ma? :)
Czytaj dalej

sobota, 18 lipca 2015

Neonowe hybrydy Semilac - kolory idealne na lato - Lovely Mickey, Orange Lollipop i Royal Gold

Czy któraś z Was, podobnie jak ja, praktycznie nie nosi kolorowych paznokci w prawdziwym tego słowa znaczeniu? W moim przypadku akceptowalnymi kolorami przez większą część roku jest głównie czerwień w porywach do bordo, jasny róż i jakże kolorowy czarny. Czasem skuszę się co prawda na ciemniejszy róż czy nawet zieleń, ale tego typu szaleństwa w roku policzyć mogę na palcach u jednej ręki. Lato jest jednak w tym przypadku wyjątkiem, gdyż właśnie wtedy częściej sięgam po bardziej "kolorowe" kolory, a nawet neony czy brokat.

Lovely Mickey, Orange Lollipop i Royal Gold

Dzisiaj mam Wam do pokazania połączenie kolorów, którego dawno na moich paznokciach nie było. Na moich paznokciach goszczą trzy nowości Semilac z letniej kolekcji - różowy Lovely Mickey, pomarańczowy Orange Lollipop i mocno złoty Royal Gold. Właśnie ta trójka najbardziej wpadła mi w oko z całej kolekcji, choć Fresh Lime również jest niczego sobie. Muszę przyznać, że czuję się wyjątkowo letnio z paznokciami widocznymi z kilometra :) Dwa pierwsze kolory to mocne neony, Royal Gold to brokatowe złoto, choć raczej w typie disco.

Lovely Mickey, Orange Lollipop i Royal Gold

Lovely Mickey to słodki, landrynkowo-neonowy róż, który w rzeczywistości jest faktycznie bardziej neonowy niż na zdjęciach. Nie dajcie się zwieść temu Mickey w nazwie, gdyż to raczej krzyżówka Minnie z Barbie :) Pięknie prezentuje się w połączeniu z lekko opaloną skórą. 

Orange Lollipop to nic innego jak żarówiasty pomarańczowy neon, jeszcze bardziej krzykliwy niż Mickey. Na wszystkich paznokciach będzie bardzo rzucał się w oczy i przyciągał zaciekawione spojrzenia, ale ślicznie prezentuje się również jak dodatek, tak jak na moich paznokciach.

Lovely Mickey, Orange Lollipop i Royal Gold

Royal Gold to brokatowe złoto, jednak bardziej w stronę tego żółtego i dyskotekowego niż białego czy starego. Świetnie komponuje się z neonami właśnie, gdyż samo w sobie jest dość mocno widoczne. Lakier ma w sobie brokat opalizujący na żółto i różowo.


Neonki sprawdzą się idealnie na wakacyjnym wyjeździe, a dodatkowo wyjątkowo korzystnie wyglądają w ciemniejszym świetle, gdyż minimalna jego ilość podbija wyjątkowo kolory na tle niewidocznej prawie skóry. 

Dajcie znać, co sądzicie o tego typu kolorach i po jakie Wy najczęściej sięgacie latem!
Czytaj dalej

środa, 15 lipca 2015

Świetny i tani rozświetlacz - My Secret Face Illuminator Powder

Jeszcze parę lat temu o rozświetlaczach dostępnych w większości drogerii można było zapomnieć. Jedynymi stacjonarnie dostępnymi produktami tego typu były te droższych marek dostępnych w Sephorze i Douglasie, choć ich jakość nie zawsze była warta swojej ceny. W drogeriach typu Rossmann na próżno było szukać chociażby czegoś na kształt rozświetlacza. Dziś nawet polskie marki wypuszczają na rynek swoje produkty rozświetlające, w niektórych przypadkach wcale nie ustępujące tym droższym i zagranicznym. Jakiś czas temu blogosfera zwariowała na punkcie rozświetlacza Wibo, który faktycznie jest bardzo dobry, jednak moim zdaniem nowość marki My Secret bije go na głowę. Poznajcie rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder!

rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder

Efekty, jakie daje Princess Dream, bo taka jest nazwa jedynego dostępnego na razie odcienia, zobaczyłam gdzieś na instagramie. Następnego dnia od razu pobiegłam po rozświetlacz My Secret, bo na zdjęciach prezentował się genialnie, chociaż nie miał jeszcze zbyt wielu opinii w internecie. Od tamtego momentu praktycznie nie sięgam po żadne inne rozświetlacze z mojej kolekcji, choć Wibo jest jego godnym konkurentem pod względem ceny i dostępności. Rozświetlacz My Secret ma w sobie wszystko, czego potrzebuję.

rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder

Przede wszystkim, jest to produkt genialnie zmielony. Mimo że to produkt pudrowy i prasowany, w dotyku jest dość kremowy i zbity. Jest idealną wręcz taflą bez najmniejszych drobinek. Najłatwiej będzie mi go porównać właśnie do Wibo, gdyż wiem, że większość z Was pewnie ma go w swojej kolekcji lub chociaż przyjrzała mi się w Rossmannie. W porównaniu do Wibo rozświetlacz My Secret jest mniej pudrowy i minimalnie lepiej zmielony. Daje też delikatniejszy efekt, który można stopniować. Wibo jest nieco mocniejszy i bardziej widoczny, co może być plusem i minusem. MS nadaje się zarówno do podkreślenia samych kości policzkowych ale również do rozświetlenia kilku innych miejsc bez obaw o efekt tłustej cery. Fanki rozświetlenia, takie jak ja, mogą pokusić się również nawet o leciutkie przyprószenie nim większych powierzchni. 

rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder

My Secret ma również nieco cieplejszy odcień, gdyż bliżej mu do złocistej brzoskwini niż do złota samego w sobie. Będzie lepszym wyborem dla osób o ciepłym typie urody lub o nieco ciemniejszej karnacji, przy której typowo jasne i złote rozświetlacze mogą wyglądać nienaturalnie. Trwałość również jest na plus, gdyż wytrzymuje spokojnie cały dzień. Osobiście lubię go jednak czasem w ciągu dnia troszkę poprawić, w zależności od tego, czy wolę nieco delikatniejszy czy może mocniejszy efekt.

rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder

Jeśli chodzi o opakowanie, to jest ono dość porządne, ale raczej niespecjalnie atrakcyjne :) Jest raczej standardowe, choć muszę przyznać, że wieczko nie poluzowało się ani troszkę, mimo że często noszę go luzem w kieszeni torebki. Nie wydaje mi się, aby opakowanie miało się szybko zniszczyć. 

Jego cena to całe 15 zł i biorąc pod uwagę śliczny kolor i efekt tafli bez drobinek, polecam Wam go kupić chociażby jako cień do powiek. Podejrzewam, że wraz ze wzrastającą popularnością niedługo zacznie szybko znikać z półek :) Dostępny jest w Drogeriach Natura.

rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder

Jak Wam się podoba to małe cudeńko? Może macie już rozświetlacz My Secret w swojej kolekcji? :)
Czytaj dalej