urodaiwlosy.pl

FBemaillinkTwitterlink

czwartek, 20 września 2018

Jakie perfumy na jesień i zimę?

Jesień to dla mnie okres, w którym jeszcze chętniej niż normalnie sięgam po perfumy. Jakoś tak wyjątkowo pasują mi do swetrów czy chust zarzuconych wokół szyi i tych wszystkich jesiennych spacerów wśród liści. Potrafią przemiło otulić, w przeciwieństwie do lata, kiedy to źle dobrane perfumy mogą wręcz dusić podczas bardzo upalnego dnia. Ostatnio kilka z Was zaproponowało, abym stworzyła wpis o perfumach, bo nic z tej serii dawno się nie pojawiało, także zapraszam! Dziś mam dla Was perfumy na jesień i zimę, zarówno te droższe jak i tańsze, czy słodsze i intensywniejsze.

perfumy na jesień i zimę


Jakie perfumy na jesień i zimę?


Właściwie nie jestem fanką klasyfikowania perfum na perfumy na jesień i zimę oraz te na wiosnę i lato, bo zdarza mi się i podczas siarczystej zimy używać czegoś, co normalnie kojarzy mi się głównie z latem, jednak jakoś tak naturalnie podczas tych pór roku przechodzę z lżejszych i bardziej owocowych perfum na te cięższe, słodsze i otulające. Nie znaczy to jednak, że jeśli tolerujecie tylko świeże kwiatowe zapachy czy wręcz cytrusy, musicie zmuszać się do stosowania ciężkiego piżma aż do wiosny! :) Dziś przygotowałam dla Was zarówno słodkie, a wśród nich lżejsze i cięższe zapachy, jak i te bardzo intensywne i aromatyczne.

perfumy na jesień i zimę

Perfumy na jesień i zimę - słodkie 


1. D&G The one to przepięknie ciepły, kwiatowo-owocowy zapach z nutą wanilii. Zwraca na siebie dość dużą uwagę, ale nie jest "krzykliwy" ani nie daje po nosie, to raczej delikatne perfumy. Gdy je noszę, zawsze zbieram komplementy od płci przeciwnej :) KLIK

2. Britney Spears Fantasy - jeśli nigdy nie kupiłybyście same z siebie perfum Britney, to nie jesteście wcale w mniejszości. Ja sięgnęłam po nie kilka lat temu w Rossmannie tylko dlatego, że zaciekawiła mnie dziwna buteleczka, nie wiedząc czyim nazwiskiem są sygnowane. Muszę przyznać jednak, że od razu je kupiłam, bo to bardzo uroczy i wcale nie oklepany zapach! Pełen słodkości, ale tej wyrafinowanej, bo zamiast landrynek znajdziecie tam białą czekoladę. Pachnie jak gorąca, biała czekolada z bitą śmietaną. I bardzo długo się utrzymuje! KLIK

3. Guerlain La Petite Robe Noir to moim zdaniem bardzo klasyczny zapach, ale nadal po stronie słodkich. Trochę wiśniowy, trochę migdałowy. Słodki, z delikatnym pazurem. Ja polecam wersję różową właśnie - KLIK

4. Jessica Simpson Fancy to moje kolejne celebryckie odkrycie, które pachnie bardzo wyrafinowanie i w ogóle nie przywodzi na myśl tanich perfum. W skrócie? To pieczona gruszka oblana sporą, naprawdę sporą ilością karmelu. Fanki tego typu zapachów pokochają te perfumy od razu! To wręcz idealne perfumy na jesień i zimę, no i bardzo tanie. Niestety trzeba szukać ich online - KLIK

5. D&B Pour Femme to słodka wersja perfum dla tych z Was, które lubią słodycz wyważoną i coś, co nie zdominuje od razu całego pomieszczenia. To bardzo uroczy, kobiecy zapach. Słodko-pudrowy, w którego nutach dominują pianki marshmallow, wanilia oraz malina. Koniecznie go przetestujcie! KLIK

6. La Vie Est Belle, czy ktoś nie zna jeszcze tego zapachu? Mimo wszystko musi pojawić się w tego typu zestawieniu, bo to wręcz jesienno-zimowy klasyk. Słodycz z irysem i otulającą nutą czekoladowych pralinek. Baaardzo słodki zapach i bardzo trwały! KLIK

7. Lancome Hypnose to dla wielu perfumomaniaków zapach... gumy Donald :) Pamiętacie ją z lat 90-tych? Jedno trzeba przyznać - jest bardzo niepowtarzalny i wręcz niemożliwe jest pomylić go z czymś innym. KLIK

8. Victor&Rolf Bonbon to zapach dla fanek słodkości takiej, po której aż bolą zęby :) Nazwa oznacza po prostu pralinki, cukierki i to dokładnie takie perfumy. Boleśnie słodkie! Jeśli lubicie słodycz, polecam: KLIK

9. Diesel Loverdose to raczej tanie, korzenno-słodkie perfumy z pazurem. Dla fanek tych z Was, które szukają zapachu nie do końca tylko słodkiego. KLIK

perfumy na jesień i zimę

Perfumy na jesień i zimę - intensywne


1. Kenzo Amour to jedne z moich pierwszych perfum! Podkradane najpierw mamie, ale po czasie skończyłam również ze swoją buteleczką. Zdecydowanie zbyt "dojrzałe" jak na nastolatkę, no ale już od samego początku lokowałam swój gust w wyższej półce, co potem mocno odbiło się na moim portfelu i odbija się do dziś :D

2. Lolita Lempicka to słodycz, lukrecja ale i trochę rogów, bo to na pewno nie typowy, słodki zapach pełen cukru. Długo był moim absolutnym ulubieńcem, ale trochę mi już z nim przeszło :) Mimo wszystko bardzo polecam sprawdzić! KLIK

3. Gucci Guilty zachwyci wszystkie z Was, które lubią intensywne, bogate zapachy. Ten kojarzy mi się z osobami o silnym charakterze i świetnie sprawdzi się u osób na wysokich lub ważnych stanowiskach. KLIK

4. Thierry Mugler Alien to zapach... dziwny i nie z tej ziemi! Jak sama nazwa wskazuje. Właściwie to po prostu bardzo intensywny, niepowtarzalny i szalenie trwały jaśmin. Jeśli lubicie białe kwiaty, musicie go poznać! KLIK

5. Kenzo Jungle Elephant to dla mnie zapach niesamowicie ciepły, korzenny, intensywny, słodko-przyprawowy, lekko świdrujący. Niepowtarzalny i nie sposób z niczym go pomylić! KLIK

6. Calvin Klein Euphoria to perfumy, które właściwie ciężko opisać. Na pewno wiele z Was je zna, bo to dość popularny zapach. Łatwy do rozpoznania i szalenie intensywny. Charakterny, drzewno-kwiatowy. KLIK

7. Lady Million, czyli przepiękne, ciepłe w odbiorze kwiaty. Bardzo radosny zapach, właściwie na każdą porę roku, ale najbardziej lubię go właśnie jako perfumy na lato i zimę. Bardzo trwały! KLIK

8. Shalimar Parfum Initial to zapach klasyczny i elegancki. Wyczuwalny, ale nie niesamowicie intensywny, jednak ma pewnego rodzaju niepowtarzalną klasę. Lekko pudrowy. Przywodzi mi na myśl bardzo elegancką kobietę w ołówkowej spódnicy i szpilkach :) 

9. Versace Crystal Noir to jeden z moich ulubieńców, a przede wszystkim zapach bardzo seksowny! Intensywny, głęboki, z odrobiną kokosa i nut drzewnych... Uwodzicielski, zmysłowy i elegancki. Niekoniecznie pasuje do dżinsów  i t-shirtu, raczej wieczorowy :) KLIK

***
Co dopisałybyście do listy? Koniecznie dajcie mi znać i nie zapomnijcie zaobserwować mnie na INSTAGRAMIE, gdzie znajdziecie więcej mojego życia prywatnego! :)



Czytaj dalej

czwartek, 13 września 2018

Od ortodoksyjnej włosomaniaczki do minimalistki, czyli jak zmieniło się moje podejście

Jeśli ktoś czyta mojego bloga od dobrych kilku lat wie, że na włosach od tamtej pory miałam praktycznie wszystko. Każdy rodzaj domowej maseczki na jaki możecie wpaść, większość polecanych hitów i sposobów podbijających internet, prawie wszystkie półprodukty... Wpadając w wir włosomaniactwa chciałam testować jak najwięcej i sądziłam, że im więcej czasu poświęcę włosom oraz im więcej na nie nałożę, tym ładniej będą wyglądać. Poświęcałam się nawet wykonując płukanki z keratyny, śmierdzącej zgniłym jajem czy wcierki z kozieradki o zapachu czegoś pomiędzy tanim kurczakiem z rożna, a rosołem z proszku. Dziś doszłam do momentu, w którym moja pielęgnacja wygląda zupeeełnie inaczej!


Odrodoksyjna włosomaniaczka, czyli jak to się zaczęło


Jak każda włosomaniaczka, swoją "świadomą" pielęgnację zaczęłam od odstawienia silikonów, co skończyło się bardzo źle. Później przeszłam przez etap "im więcej tym lepiej", nakładając na włosy właściwie wszystko! Testowałam na nich najróżniejsze specyfiki i mieszanki, przez co wciąż nie mogłam dojść do upragnionego efektu, bo był to po prostu zbyt duży misz masz. Po pewnym czasie odkryłam, że moim włosom służą jednak zarówno silikony jak i porządne porcje olejów, które powinny stanowić bazę pielęgnacji, a proteiny i składniki nawilżające być jedynie dodatkiem. To pozwoliło mi uzyskać naprawdę świetny efekt i... zachłysnąć się nim. Perfekcyjny wygląd moich włosów był dla mnie priorytetem i poświęcałam naprawdę sporo czasu, aby go uzyskać. Muszę przyznać, że szło mi to bardzo dobrze, bo moje włosy wyglądały każdego dnia świetnie, jednak w tym wszystkim zabrakło jednego - luzu.

Zmęczona, ledwo stojąca na nogach zamiast iść spać, maszerowałam do łazienki naolejować włosy, a następnie odczekać godzinę do mycia, podczas którego wykonywałam całkiem sporo kroków. Długo, zdecydowanie za długo nie zrobiłam upragnionych refleksów, bo przecież na pewno zniszczą mi włosy (nawet jeśli, to co z tego?), używałam jedynie szczotek z włosia dzika i poprzez wszelkie eksperymenty nabyłam tak dużej wiedzy, że obecnie wiem jak doprowadzić moje włosy do idealnego stanu nawet np. po rozjaśnianiu, co zresztą szybko zrobiłam po zeszłorocznych eksperymentach z kolorami. Mimo tego, zamiast cieszyć się świetnym stanem włosów i wrzucić na luz, chodząc czasami spać w mokrych czy związując je byle jak albo używając samej odżywki albo i samego szamponu, zamiast całego zestawu, sama narzuciłam sobie konieczność wzorowej pielęgnacji. Błąd!


Dlaczego zmieniłam podejście?


Punktem kulminacyjnym, w którym zrozumiałam, że coś tu jednak jest troszkę nie tak, był moment, w którym rozjaśniłam włosy, a właściwie chwilę przed. Kto mnie zna wie, że o ich rozjaśnieniu mówiłam już znacznie, znacznie wcześniej, jednak ciągle miałam w głowie myśl, że przecież zniszczę włosy i zaprzepaszczę lata pielęgnacji, zmieni się ich porowatość wysuszą się końce... Nie zrozumcie mnie źle, nadal dbam bardzo mocno o swoje włosy, jednak moment, w którym mam ochotę na zmianę koloru na jaśniejszy i nie robię tego, bo nie pozwala mi na to własnoręcznie narzucony kodeks włosomaniaczki, otworzył mi mocno oczy. Po miesiącach (!) rozważań postanowiłam: trudno, to tylko włosy, odrosną! Z resztą, byłam świadoma, że nawet jeśli je zniszczę, to z obecną wiedzą bardzo szybko powrócę do ich pierwotnego stanu. I zgadnijcie co? Nic właściwie się im nie stało. Nie spadł grad z nieba za grzechy na włosomaniactwie, nie spaliły mi się końce, nie wypadły mi włosy z połowy głowy. Refleksy powtórzyłam nawet kilkukrotnie i miałam całkiem jasne włosy! TUTAJ post z pierwszego rozjaśniania, a TUTAJ z drugiego. Z refleksów zrezygnowałam później w sumie naturalnie, ale jak teraz na nie patrzę, to mam ochotę je powtórzyć :)

To już dość mocno zmieniło moje podejście z ortodoksyjnej włosomaniaczki na bardziej "YOLO" włosomaniaczkę, a następnym krokiem było już tylko ścięcie moich włosów na boba. Tak, tych włosów o które dbałam przez kilka lat jak o własne dzieci (których nie mam :)) i tych samych, na które chuchałam i dmuchałam. I te dwa kroki właśnie zmieniły znacznie moje podejście.


Jak wygląda to teraz?


Moja pielęgnacja stała się zdecydowanie bardziej minimalistyczna. Oczywiście moja łazienka nadal wygląda jak magazyn, a zapasy są zdecydowanie zbyt duże, jednak raczej nie nakładam pięciu kosmetyków na raz, a ograniczam się do mniejszej ich ilości. Jeśli wiem, że będę olejować moje włosy, to nie nakładam na nie później maski z dodatkowym olejkiem, odżywki, serum i mgiełki, a raczej jedną, ale porządną maskę (polecam moje ostatnie ODKRYCIE) i serum na końce. I wiecie co? Naprawdę im to służy. Nawet nieco rzadsze olejowanie, bo wcale nie przed każdym myciem, jak miałam to w zwyczaju, wydaje się być dla nich lepszą opcją. Jedno jest tutaj jednak bardzo ważne - stosowane przeze mnie produkty są bardzo przemyślane i dobrze dobrane pod kątem potrzeb moich włosów. Nie jest to więc zmiana z całego zestawu na byle jaki jeden kosmetyk, a raczej bardziej świadoma pielęgnacja, która daje więcej i lepiej przy mniejszej ilości produktów oraz poświęconego czasu. Poza tym, moje podejście do włosów jest bardziej luźne. Jeśli nie chce mi się ich olejować, po prostu tego nie robię. Jeśli mam ochotę pływać przez cały dzień w morskiej wodzie, a potem wystawić je na słońce, to po prostu nakładam odrobinę olejku lub mgiełkę z dobrym filtrem i cieszę się życiem, zamiast chować je obsesyjnie pod kapelusz czy chronić przed zamoczeniem za wszelką cenę. W ten sam sposób staram się postępować na każdym kroku, jednocześnie stawiając na bardzo dobre jakościowo (wcale niekoniecznie drogie!) produkty, które wiem, że przyniosą moim włosom same korzyści. Jednocześnie pamiętam, że to... tylko włosy! Wyświechtana prawda, ale nadal prawda. :)


***
A Wy? Jakie macie podejście? Bardziej minimalistyczne czy może ortodoksyjne?
Czytaj dalej

wtorek, 11 września 2018

Tylko niskoporowate włosy mogą być ładne!

Gdy kilka lat temu zaczęłam intensywnie pielęgnować moje włosy, były one w bardzo złym stanie. Zniszczone, wysuszone, przerzedzone i przede wszystkim wysokoporowate. Był to również czas, kiedy polski Internet zalała fala informacji o porowatości, a ta wysoka utożsamiana była z największym złem. Również moim największym włosowym celem było pozbycie się wysokiej porowatości i zejście chociażby do wysokiej w kierunku średniej. Włosy wysokoporowate kojarzyły mi się dosłownie z sianem na głowie i spalonymi wręcz końcami. Nie wiedziałam jednak, że ten typ włosa może być również zdrowy i ładny, a ma nawet swoje plusy. I to wiele! Tytuł dzisiejszego tekstu to trochę click bait (wybaczcie! :)), a trochę niestety wciąż popularny pogląd, szczególnie pośród włosomaniaczek...


Zdrowe i ładne włosy wysokoporowate? 


Jeżeli wysoka porowatość włosów wynika z ogromnych zaniedbań lub zniszczeń, to faktycznie na 99% nie będą one wyglądać ani zdrowo, ani ładnie. Wiele dziewczyn nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że wysokoporowate włosy to nie tylko te wieloletnio katowane prostownicą, bo wiele osób ma je po prostu z natury i choćby poświęciły na ich pielęgnację lata, nie zejdą one do niczego więcej niż być może porowatość średnia. Nie znaczy to jednak, że nie mogą być one zdrowe i zadbane. Ba! Wiele wysokoporowatych czupryn może wyglądać lepiej, niż niezadbane niskopory. Bardzo krzywdzący dla dziewczyn o włosach z wysoką porowatością jest wszechobecny pogląd, że tylko niskoporowate włosy to włosy prawdziwej włosomaniaczki, a wszystkie inne na pewno nie mogą wyglądać oszałamiająco pięknie, bo jak to tak? Bez godzin poświęconych na olejowanie? Naturalna porowatość średnia i ZDROWE włosy? Otóż tak. Jest to jak najbardziej możliwe! Być może nawet teraz wiele z Was obsesyjnie dąży do niskiej porowatości mając maksymalnie zdrowe i piękne średnioporowate włosy, z których właściwie nie da się już więcej wyciągnąć.

Wyidealizowane włosy niskoporowate, ale czy na pewno?


Niskoporowate włosy były moim celem przez wiele, wiele miesięcy. Kiedy jednak udało mi się w końcu dojść do upragnionej porowatości (wówczas coś pomiędzy niską, a średnią porowatością, co jest maksem w przypadku moich włosów) zauważyłam, że nie ma ona wcale tak wiele plusów, jak mi się wydawało. Brak objętości, łatwo przeciążające się olejowymi kosmetykami włosy, strączkowanie… Te wszystkie problemy pojawiły się wraz z tą właśnie zmianą. Zaczęłam tęsknić nawet za moim naturalnym, lekkim skrętem oraz tym, że czasem trochę się spuszą. Za większą objętością wokół twarzy czy grubszym warkoczem i ogólnie większą ilością możliwości, jeśli chodzi o fryzury. Kłos na nieco wyższej porowatości wygląda moim zdaniem lepiej i dłużej się trzyma! Zaczęłam wówczas kombinować ze świadomą i kontrolowaną, lekką zmianą porowatości na wyższą i… postanowiłam trochę odpuścić oraz zmienić taktykę.


Porowatość w ryzach, zamiast jej zmiana


W tym samym czasie pozwoliłam sobie na dość mocne rozjaśnienie moich włosów, co naturalnie podwyższyło ich porowatość. Nie był to jednak dobry pomysł, bo w tym przypadku zamiast dążyć do maksymalnie zdrowych włosów w naturalnej porowatości, podwyższyłam je poprzez rozjaśnienie, czyli lekkie przesuszenie i nadwyrężenie ich struktury. Wtedy postanowiłam, że podejmę eksperyment i na jakiś czas zmienię swoją pielęgnację na nieco mniej obsesyjną i… to okazało się strzałem w dziesiątkę. O tym napiszę Wam jednak osobny tekst, aby ten nie miał dziesięciu stron. Zamiast usilnego dążenia do zmniejszenia porowatości wszelkim kosztem, postanowiłam dopasować pielęgnację do tej, którą mam naturalnie. Bez mocnego dociążania włosów, godzinnego olejowania i wygładzania na tysiąc sposobów, co oczywiście jest świetnym sposobem na uzyskanie efektu niższej porowatości. Włosy zdrowe i zadbane, ale w naturalnym stanie, okazały się znacznie lepszą opcją! Zachęcam Was zatem, zamiast obsesyjnie dążyć tylko i wyłącznie do obniżenia porowatości, do czerpania radości z pielęgnacji dostosowanej do Waszego typu włosów i doprowadzenia ich po prostu do świetnego stanu. A jeśli ten stan będzie jednocześnie włosami wysokoporowatymi, to co z tego? :)

A właścicielkom włosów wysokoporowatych i nie tylko polecam te wpisy:


***
Co sądzicie na ten temat? Jaką macie obecnie porowatość? Czy próbujecie zmienić ją za wszelką cenę?
Czytaj dalej